BYTYŃ - Nieformalne Niestowarzyszenie miłośników żeglarstwa. Pilski Okręgowy Związek Żeglarstwa POZŻ :: Pływać każdy może trochę szybciej lub ...
 
BYTYŃ - Nieformalne Niestowarzyszenie miłośników żeglarstwa. Pilski Okręgowy Związek Żeglarstwa POZŻ
25 Cze, 2019 - 12:24  


Menu serwisu



REKLAMA

Jesienna promocja na rejestracje domen i hosting.
ŻAGLOWNIA
Janusz Olszewski
Szycie żagli
naprawa żagli
tel.091/56 21 335
kom.606 258 706
73-108 Morzyczyn
ul.Mickiewicza
www.polsails.pl

Rejsy, Chorwacja, obozy, szkolenia żeglarskie

TRANSPORT JACHTÓW I ŁODZI MOTOROWYCH LUB
WYNAJEM PRZYCZEPY PODŁODZIOWEJ
Poznań (wielkopolskie)
Wałcz (zachodniopomorskie) 
Transport jachtów i łodzi motorowych
o masie do 2,5 tony i długości 9 metrów na terenie kraju i za granicą.
Wjeżdżamy do wody.
Kontakt:
tel. +48 602-884-796
predatorsystem@onet.eu



Kto jest online

 Witaj Przybyszu!
Dołącz do Nas



Zarejestruj się za darmo, aby uzysakć specjalne przywileje

 Utwórz konto
 Login:
Użytkownik:


Hasło:


Zapamiętaj mnie

Użytkownicy: Online:
Użytkownicy: Użytkownicy:0
Goście: Goście:2
Razem: Razem:2
 Użytkownicy online
Brak użytkowników online...
Zalew 2011 - Czesiek

(2059 razem słów w tym tekście)
(1145 Odsłon)   Strona gotowa do druku

Toruń 24.05.2011r.

Wszystkie szanty opiewają piękne, ale groźne morze. Zazwyczaj mówi się o nim z lekką nutą przestrachu a mimo to tak wiele osób pragnie zobaczyć ten żywioł na własne oczy, a czasami wręcz poczuć go na własnej skórze. Zazwyczaj wyruszamy z kimś starszym, bardziej doświadczonym, aby w razie nagłych problemów wesprzeć się jego radą lub czasami nawet schować za jego ramieniem. Często wyrabiamy wyższe uprawnienia dla czystej satysfakcji, nigdy nie wykorzystując ich w pełni, z obawy przed ciężarem samodzielnej wyprawy. Ale morze, nawet kiedy jest spokojne, zawsze stanowi jakąś formę wyzwania, bo przecież kiedyś trzeba odciąć się od pępowiny i zacząć myśleć za siebie, tak zrodziła się myśl, żeby sprawdzić siebie i zweryfikować czy umiemy już dość...

Zazwyczaj od pomysłu zorganizowania rejsu do jego faktycznej realizacji mija dość dużo czasu. Pierwsze wyzwanie to zorganizowanie załogi, która będzie dysponowała wolnym terminem, miała odpowiednią ilość chęci i pieniędzy. W tym wypadku wszystko potoczyło się zadziwiająco szybko. Po upływie dwóch dni załoga nie tylko była w komplecie, ale mieliśmy nawet małą listę rezerwową. Wszyscy byli pełni entuzjazmu, należało więc przejść do drugiego, jak się okazało trudniejszego, etapu przedrejsowych przygotowań. Wyzwaniem drugim był jacht, który pomieściłby naszą 6 w znośnych warunkach i za cenę przystępną dla wąskiej studenckiej kieszeni. Po poszukiwaniach, odrzucaniu ofert, kilkunastu telefonach i pertraktacjach, misja została zakończona powodzeniem - udało się znaleźć odpowiednią jednostkę. Wybór padł na Cartera 30 o nazwie Jaster z Ośrodka Szkolenia Morskiego LOK w Jastarni.
Jakiś czas później, 17 maja po mniejszych i większych przygodach całej załodze udało znaleźć się w miejscu, gdzie zaczynała się wyprawa, czyli w Gdańsku. Po stosownych zakupach, integracyjnym obiedzie i dokładnym omówieniu planu „co dalej”, mogliśmy się wreszcie położyć spać, by następnego dnia przed 0600 ruszyć w kierunku Jastarni, gdzie czekał na nas jacht. PKP tym razem okazało się przyjazne i nie robiło przykrych niespodzianek w postaci opóźnień czy też zmian rozkładu, więc do portu dotarliśmy najedzeni, wyspani i gotowi, by już wypłynąć.
Z odbiorem jachtu nie było najmniejszego problemu. Pani występująca jako przedstawicielka armatora była bardzo pomocna i nie stwarzała najmniejszych problemów. Tak więc już po godzinie mieliśmy jacht do swojej dyspozycji. Niestety tutaj już nie obyło się bez problemów. Okazało się mianowicie, że jacht faktycznie jest 6-osobowy, ale koi jest tylko 5! Łącząc to z ilością naszych bagaży problem urósł na początku do rangi dość dużego problemu. Ale trudno, przecież wszyscy już się znaliśmy, więc nie był to problem nie do rozwiązania. Rozwiązaniem okazała się całkiem szeroka hundkoja. Po zaształowaniu wszystkiego co wymagało zaształowania, zamontowaniu wszystkiego co było do zamontowania i zatankowaniu wszystkiego co dało się zatankować, oddaliśmy cumy i skierowaliśmy dziób na główki portu.
Naszym pierwszym celem miał być port we Władysławowie. Pogoda była piękna. Płynęliśmy w pełnym słońcu, na pełnych żaglach robiąc około 4 knotów. Sytuacja była aż nazbyt idealna… aż do pierwszego komunikatu nawigacyjnego z Witowa. Na wysokości Helu usłyszeliśmy, że nasi mundurowi chłopcy bawią się w wojnę i strefa 11 została zamknięta dla żeglugi. Gdybyśmy chcieli płynąć dalej zgodnie z naszym zamiarem, musielibyśmy nadrobić sporo mil. Decyzja była prosta. Zmieniamy kurs, płyniemy do Gdyni. Mniej więcej w połowie drogi na horyzoncie ujrzeliśmy białą ścianę żagli. Ku naszej uciesze, do samej Gdyni płynęliśmy w towarzystwie Daru Młodzieży, a po wejściu do portu i zacumowaniu, mogliśmy obserwować wspaniały pokaz sprawnego klarowania żagli i załogę biegającą po rejach. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że nie jest to pierwszy polski żaglowiec, który zobaczymy podczas trwania tego, bądź co bądź krótkiego, rejsu.
Kolejnego dnia (19.05), po prysznicu i zakupie świeżego pieczywa, wczesnym rankiem, około godziny 1100 oddaliśmy cumy i skierowaliśmy się na N. Po drodze „przywitaliśmy się” ze stojącym na redzie Darem Młodzieży, po czym postawiliśmy żagle i zmieniliśmy kurs na Hel. Tego dnia byliśmy już zdecydowani, że nieważne ile mil będziemy musieli nadłożyć, to tak czy inaczej płyniemy do Władysławowa. Wraz z upływem czasu wiatr nieustannie tężał, do tego stopnia, że robienie herbaty w pojedynkę okazało się niemożliwe, a do otwierania piwa przydawała się dodatkowa ręka kolegi. Jacht okazał się jednak dzielny i po krótkiej chwili na zarefowanie, dalej brnęliśmy na północ. Chwilę przed tym, jak na trawersie mieliśmy już kardynałkę, stojącą przed portem w Helu, usłyszeliśmy radosną nowinę. Wojsko skończyło manewry i od 1700 strefa 11 miała być już otwarta dla żeglugi! Dla nas oznaczało to znaczne skrócenie drogi, a co za tym idzie- w porcie bylibyśmy o przyzwoitej godzinie. Wszystko układało się wręcz idealnie, wiatr lekko osłabł, więc mogliśmy rozrefować grota, na pełnych żaglach robiliśmy chwilami ponad 5 knotów! Było wręcz wspaniale, aż do godziny 1900 kiedy to wiatr z 3 w skali spadł raptownie do zera, tylko po to, żeby po 15 minutach odwrócić się o 180 stopni i znów przestać wiać. Zapanowała prawie zupełna cisza. Na wodzie pozostały już tylko martwe fale których gładkiej powierzchni nie zmąciła nawet najmniejsza zmarszczka. Nasze marzenia o wejściu do portu w świetle dnia legły w gruzach.
Ostatecznie dotarliśmy do portu około godziny 0200. Pan w Bosmanacie po wywołaniu był co prawda oburzony, że wywołaliśmy „Władysławowo” a nie „Bosmanat Władysławowo”, czym poczuł się osobiście dotknięty, ale poza tym nie stwarzał żadnych problemów. Wejście do portu jest bardzo dobrze oznakowane, nabieżniki są wyraźne i bez problemów odznaczają się od reszty miejskich świateł. Właściwie są o­ne nawet niepotrzebne, bo do Władysławowa można kierować się używając tylko własnego nosa, tak mocny i wszechobecny jest unoszący się tam zapach ryb. Problem zaczyna się natomiast po minięciu główek portu. Żeby dopłynąć do nabrzeża przeznaczonego dla jachtów, musimy przepłynąć dokładnie przez cały port rybacki, który teoretycznie, w odpowiednich miejscach (przynajmniej wg locji) powinien mieć umiejscowione światła nawigacyjne. Nasze zdziwienie było wielkie kiedy okazało się, że takich światełek jest kilkukrotnie więcej niż tych podanych na planie. Winowajcami tego zamieszania okazali się rybacy, którzy nie powyłączali części świateł na swoich kutrach, za to skutecznie zasłonili te stojące na brzegu. Na szczęście port jest dobrze osłonięty, a wiatru i tak było tyle, co na lekarstwo, albo i trochę mniej, mogliśmy więc spokojnie pozwolić sobie na przepłynięcie przez port tempem spacerowym, rozglądając się bacznie dookoła, by określić, gdzie właściwie jesteśmy.
Miejsce dla jachtów, przygotowane są bardzo przyzwoicie. Przy pływającym pomoście jest kilka miejsc do stawania w Y-bomach i kilka dodatkowych, przy których większe jednostki mogą stanąć burtą do nabrzeża. Na pomoście jest prąd i woda (wszystko wliczone w cenę). Jedynie do łazienek, trzeba sobie urządzić dość długi spacer, a w nocy klucz do ich otwierania znajduje się u wartownika, którego zazwyczaj nie ma tam, gdzie teoretycznie znajdować się powinien.
Rano urządziliśmy sobie mały spacer po „mieście”. Zawsze warto przynajmniej w minimalnym stopniu zobaczyć miejsce do którego się wpływa. Chyba jedną atrakcją miasteczka jest taras widokowy na wieży w Domu Rybaka. Jego wieża monumentalnie góruje nad okolicą i jest widoczna nawet po wyjściu całkiem daleko w morze. Jej szczyt oznaczony jest czerwonym światłem widocznym na horyzoncie na prawo od, oświetlonych również na czerwono, wiatraków. W tym samym budynku znajduje się również muzeum motyli. Największym minusem portu jest jednak (pomijając zapach!) brak stacji benzynowej. Naszym zdaniem bardzo by się przydała. Tak samo jak prysznic, z którym z nieznanych nikomu przyczyn stwarzano nam dziwne problemy.
Po opuszczeniu portu ku naszemu niezadowoleniu zauważyliśmy, że pogoda nie zmieniła się od poprzedniej nocy. Wiatru nadal nie ma, a co gorsza, Pani z Witowa ogłosiła, że w tym dniu strefa 10 i 11 są zamknięte dla żeglugi i rybołówstwa. O co chodzi? Czemu tak późno? Wczoraj nic o tym nie mówili! Uciekamy na północ starając się ominąć strefę 10, cały czas z uchem przystawionym do radia, może powiedzą coś więcej. Wiatru nadal nie ma więc piłujemy na naszym małym silniczku. Kiedy minęliśmy NW wierzchołek zabronionej strefy, nareszcie odezwało się Witowo z ostrzeżeniami nawigacyjnymi, i co się okazało. Pani w poprzednim komunikacie najwidoczniej coś pomieszała, bo strefa 10 i 11 faktycznie miała być zamknięta, ale od 23 maja... czyli na kilka dni po zakończeniu naszego rejsu. Wprowadzono tym w błąd nie tylko nas, bo zaraz po nadaniu tego niepoprawnego komunikatu jacht płynący kawałek przed nami również zawrócił, żeby uciec na bezpieczną wodę, poza obszarem poligonu. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło- przecież pojechaliśmy na rejs, żeby popływać. A droga szerszym łukiem w morze dała nam kilka bardzo sympatycznych godzin na wodzie. Korzystając z tego, że nie wieje i pływa się spokojnie, na decku pojawiła się gitara i śpiewniki.
Czekał nas cały dzień jazdy na silniku, bo wiatr nie rozwiał się do samego końca naszego przelotu. Przed nami posuwała się potężna chmura burzowa, rozświetlając co pewien czas niebo przecięciem błyskawicy, posuwała się w tym samym kierunku co my, więc, na szczęście, nie mieliśmy okazji podziwiać tych naturalnych fajerwerków bezpośrednio nad naszymi głowami. Chwilę przed 1200, korzystając z ostatnich minut dnia, do kokpitu został wniesiony tort, ponieważ Ola tego dnia obchodziła swoje X urodziny. :) Po odśpiewaniu tradycyjnego Sto Lat i kilku innych podobnych prawie morskich pieśni, wszyscy ze smakiem zjedliśmy kawałek tego smakołyku. Oficjalnie tort był przygotowany w kambuzie, przez I oficera Konrada... ujawnił tym swoje kulinarne umiejętności, (zwłaszcza zważywszy na fakt, że w kambuzie są tylko dwa palniki z których tylko jeden działał dobrze). Koledze gratulujemy tych cukierniczych zdolności. Po 0200 staliśmy już przy nabrzeżu w Helskiej Marinie. Niestety tutaj łazienki też otwarte są tylko do 2300... mieliśmy czas na małą kolacje, małe piwko i położyliśmy się żeby przed ostatnim wypłynięciem w morze zdrzemnąć się jeszcze chociaż na chwilę. Rano po śniadaniu, zaplanowaliśmy tradycyjnie już wyjście do Helskiego Fokarium. Te przeurocze stworzenia dostarczają wiele radości oglądającym, a wstęp jest na tyle tani, że warto choć tak skromnym datkiem wesprzeć akcje, która ma na celu przywrócić te stworzenia do naszego morskiego krajobrazu. Zachęcamy również aby pluszową fokę, zakupić w sklepie przy fokarium, są równie ładne i dają świadomość robienia czegoś pożytecznego, poza kupowaniem zwykle tandetnych pamiątek. Przechadzając się między basenami z fokami, na horyzoncie zamajaczyły nam 3 maszty wpływającego na zatokę. Po charakterystycznym ożaglowaniu (od niedawna 3 wielkie sztaksle) szybko zorientowaliśmy się, że to Oceania. Flagowy okręt Polskiej Akademii Nauk. Po pożegnaniu w fokarium wypiliśmy jeszcze tylko dla ochłody szybkie piwko w Maszoperii, która zachęciła nas swoją „morską” atmosferą i wróciliśmy do portu aby wyruszyć w ostatni już, w czasie tego rejsu, przelot powrotny do Jastarni. Kiedy minęliśmy „Cebulę” przed naszymi oczami znów ukazały się, choć tym razem inne, trzy maszty. Podczas kiedy my spożywaliśmy napoje chłodzące, do portu, w drodze powrotnej z Norwegii, wpłynął Zawisza Czarny. Po szybkim obejrzeniu żaglowca, oddaliśmy cumy i opuściliśmy port. Po drodze zrobiliśmy jeszcze tylko małą przerwę na bliższą sesję zdjęciową, stojącej na redzie Oceanii i mijając ośrodek prezydencki w Juracie skierowaliśmy dziób w kierunku Jastarni. Niestety wiatr znów nas zawiódł, więc mimo niewielkiego dystansu spędziliśmy na wodzie jeszcze sporo godzin robiąc zaledwie 2 knoty pod żaglami. Do Jastarni wpłynęliśmy więc, jak zwykle podczas tego rejsu, po ciemku. Tutaj również podejście jest dobrze oznakowane, choć pomarańczowy kolor nabieżników, na początku podejścia, zlewa się z lampami ulicznymi, a światło stawy zwyczajnie ginie w ich ilości. Wczesnym rankiem, 22 maja, zabraliśmy się za pakowanie i sprzątanie jachtu. Zdaliśmy go bez przeszkód. Armator nie stwarzał najmniejszych problemów. Sam jacht spisał się z resztą bardzo dobrze. Mimo swojego wieku i sporej historii, (a przeżył bardzo wiele, włącznie z utratą kila na skałach!) jacht był całkiem nieźle utrzymany. Wyposażenie było całkiem niezłe i na pewno wystarczające na przybrzeżne wyprawy. Jego dzielności nic nie można zarzucić. Największym zaskoczeniem okazało się zużycie paliwa. Podczas 25 godzin pracy spalił zaledwie 7 litrów paliwa. Czy to błąd wskaźnika? Nie wiem, ale armator chciał tylko tyle więc nie mogę napisać nic pod jego zarzutem. Nigdy też nie zawiódł, czy to w porcie, czy w trasie. Ogółem w rejsie odbyliśmy 45h żeglugi (w tym niestety tylko 20 na żaglach ) i pokonaliśmy dystans 112 Mn. Odwiedziliśmy Gdynię, Władysławowo i Hel. Rejs przebiegał w niezwykle miłej i żeglarskiej atmosferze. Szkoda tylko, że był taki krótki. Może w przyszłym roku uda się popłynąć gdzieś dalej, a jest w czym wybierać, bo przecież tyle jest miejsc, w których nas jeszcze nie było.
W rejsie uczestniczyli: St. j. Paweł

<CZECHU>Czechowicz - Skiper St. j.
Konrad Olczak - I oficer St. j.
Aleksandra <GAMOŃ>

Magoń - II oficer St. j.
Piotr Pikusa - wsparcie techniczne
Justyna Kordek - załoga
Joanna Jarosz - załoga

Na koniec chciałbym złożyć specjalne podziękowania dla Mariusza Magonia i Jarosława (Pogromcy T) Gawrysiaka za dobrą rade, zaopatrzenie w pomoce nawigacyjne oraz wsparcie merytoryczne w naszym pierwszym samodzielnym rejsie. Pozdrawiam serdecznie Paweł

(Czechu) Czechowicz

Więcej fotek w galerii www.bytyn.trz.pl/galeria

  

[ Wróć do Relacje z rejsów | Spis sekcji ]
Footerdot.gif
Pływać każdy może trochę szybciej lub ...   

A ja wiatr i słońce, I horyzont bez końca. A ja wiatr i woda - Twoich słów szkoda!
REDAKCJA Produkcja i utrzymanie w internecie   magmart na www.postnuke.com warunki korzystania z serwisu
Korzystamy z serwera  EWAN.PL