Zimowy rejs Zawiszą

A wszystko zaczęło się w Gdyni, przy Skwerze Kościuszki gdzie stał sobie spokojnie w lodzie „Zawisza Czarny”.


Stał spokojnie dopóki nie wpadła na niego ekipa prawie 50 osób i go ożywiła.
Zrobiło się gwarno, wesoło, tu i ówdzie można było usłyszeć cudowny dźwięk otwieranych browarkow ;))) No co?! Po podróży wszyscy spragnieni dojechali! ;))
W kubryku na fok maszcie pojawiła się rozpiska kto, z kim i w której wachcie, czyli jednocześnie kto i gdzie ma swoją koje.
W miedzy czasie dotarł transport jedzonka, także z rączki do rączki szybko żeśmy go przejęli żeby czasem nie odjechał ;))
Oficerowie w swoich wachtach przeprowadzają szkolenia odnośnie bezpieczeństwa, umiejscowienia środków ratunkowych, procedur itp., a zaraz po tym wychodzą na pokład i trenują postawienie żagli im podległych. To prawie jak na omedze, tylko, ze tych lin jakoś więcej, grubsze i jedna osoba nie bardzo sobie radzi z czymkolwiek ;)))
No może w pojedynkę spokojnie można wyluzować topenante ;)))
No i już po wszystkich pogadankach i ćwiczeniach praktycznych, przed godziną 1900 w środę oddajemy cumy i ruszamy!!!
Wyciagnięcie i obrócenie na cumie dziobowej powoli rozgarnia lód, który chwile wcześniej został połamany przez statek, który koło nas cumował.
Dzielnie za kołem sterowym, przygotowany do pełnienia swojej wachty, cieplutko ubrany wywiódł nas w morze Mariusz. Wachta lekarzy objęła dowództwo nad jednostką.
Wszystko na 5! Piękna noc, księżyc wskazuje drogę, wiaterek lekko wieje, ale... oczywiście w morde ;))) To już chyba standard – nie ważne gdzie płyniesz – zawsze pod wiatr! ;))
Kawałek idziemy na silniku, w tym czasie kolacja, a zaraz po niej... alarm do żagli.
Jak się da to oczywiści nie będziemy pływać na katarynie – co prawda fajna, bo to jedyny oryginalny silnik u-boot`a działający w Europie i cały czas jeszcze na służbie!
Musze przyznać, ze ma się całkiem nieźle! Żagle poszły w górę, a kto niepotrzebny do koji.
Żegluga bajdewindem niestety szybko oddzieliła chłopców od mężczyzn, no ale takie życie...
Także na śniadaniu zameldowało się już znacznie mniej załogi niż na kolacji.
Zapowiadał się przepiękny i słoneczny dzień i dokładnie taki był!
To, że wiaterek rozwiewał się i popołudniu było już 5-6`B to przeklinali Ci, którzy zwracali zawartość żołądka – chyba nie zapłacili za jedzenie, albo cos – nie wiem dokładnie! ;)
Popłynęliśmy pod Gotlandie, bo chcieliśmy nałapać dorszy na kolacje. No ale wiatr i fala nie pozwoliły nam spokojnie stać w dryfie i wędkować, prędkość wciąż była za duża i dlatego po jakiejś półgodzinie porzuciliśmy marzenia o rybach i zapragnęliśmy dobić do Liepaji.
Płynęliśmy sobie wieczór i całą noc lewym halsem. Wszystko szło dobrze do momentu kiedy słonecznego poranka dowiedzieliśmy się, że Łotysze słyszeli o „ptasiej grypie” i proponują nam 24 godzinna kwarantannę na kotwicy. Może i nie byłoby problemu, ale my właśnie mieliśmy tyle czasu przeznaczone na postój w Liepaji ;)))
Widzielibyście te miny osób które prawie od doby się żołądkowały ;))))
Na kotwicy?! Bez stałego lądu?! Rejs bez zawijania do portu?! Aaaaaa....
No, ale dzielni lekarze z doktorem Pavulonem na czele przekonali władze, że wszyscy maja (tzn. zaraz mogą mieć zaświadczenia, że są zdrowi) no i poskutkowało!!!!
Weszliśmy wśród pięknych tafli kry do Liepaji. Cumowanie, klarowanie żaglowca, rejony, rozpisanie wacht trapowych na cały postój i ... zaczyna się przygoda na Łotwie ;))))
Niestety o­ni też mają zimę także postanowili wyremontować przybytek z toaletami i prysznicami, a więc kąpiele na „zawiasie”!

Ogoleni, wypachnieni ruszamy w kierunku autobusu, który obwiezie nas po Liepaji. Naszą przewodniczką jest Martyna - polka, którą wiele lat temu życie skierowało w tamte rejony.
Zaczynamy zwiedzanie...
Chyba największe wrażenie na uczestnikach wyjazdu zrobiła wizyta w więzieniu o straszliwym rygorze. Z reszta sam Pan przewodnik swoją postawą i tembrem głosu dawał nastrój więzienny.... Pan oczywiście nie był nauczony pięknego języka polskiego, ale z rosyjskim radził sobie świetnie! Na szczęście kolega Bruno tłumaczył na nasz i można było poczuć straszliwy klimat i panującą tam atmosferę. Pomieszczenia puste, betonowa posadzka i deska na podłodze – ta deska to łóżko, karcer to również puste pomieszczenie, w którym więźniowie musieli spacerować 120 kroków na minutę przez kilka dni, z przerwą na toaletę dwa razy na dobę po 2 minuty każda. Niestety ogromna większość nie wytrzymywała tego...
No ale przejdźmy do ciekawszego miejsca jakim jest przepiękna cerkiew.
Do środka niestety żeśmy się nie dostali, ponieważ była uroczystość ostatniego pożegnania.
Na koniec naszej wycieczki pojechaliśmy zwiedzać podziemne forty. Większość z nas dostała do ręki pochodnię i w drogę!! Bardzo fajne miejsce!!! Wszyscy wystudzeni spacerem w podziemiach przechodzili do rozpalonego niedaleko ogniska, smażyli kiełbaskę, popijali czym kto miał i gadali o starych polakach....
Pogoda przepiękna, prawie bez wiatru, także spędziliśmy tam sporo czasu na tych dyskusjach i objadaniu się!
Po powrocie na jacht każdy udaje się w dowolnym kierunku, aby wieczorem spotkać się w tawernie i wspólnie pośpiewać, pobawić, no i w końcu wypić jakieś piwo ;))
Trzeba przyznać, że pobyt bardzo, bardzo udany!!!!
Tylko z rana u niektórych tupot białych mew, ale kapitan bezwzględnie – wychodzimy!!!
No i poszliśmy ;)) Co prawda Zawias nie chciał odejść od nabrzeża, bo tak bardzo mu się spodobało, ale jednak dzielny dyrektor żaglówki go przekonał!!!
Wychodząc zrobiło się mgliście - nie widzimy główek, problem nawet dopatrzeć kolejną boję, ale.... udaje się i znów na pełnym morzu wśród kry!!! Tego wszystkim brakowało!!!
Takim świeżym powietrzem zawiało ;))))
Kurs na Gdynie i jazda!!! Wiatru niet, także jedziemy na silniku...
Na szczęście jest najnowsza prognoza pogody także uratowani! 7-9`B i oczywiście w morde!!! ;)))
Faktycznie powoli się rozwiewa stawiamy żagielki i zaczyna się żeglarstwo!!!
Godziny mijają, wachty się zmieniają, a wiaterek rozwiewa....
No i tak mu dobrze szło, że już wieczorkiem osiągnął swoją siłę 7-8`B i trochę rozkołysał morze...
Nie muszę mówić, co niektóre postacie robią stojąc po zawietrznej i kurczowo trzymają się relingu.... Na szczęście doktory stanęli na wysokości zadania i tych żołądkujących się ludków jest dużo mniej niż w tamta stronę!
Generalnie upał jakoś osłabł, nie jest już za duszno, a zmiany na sterze zdecydowanie częstsze... No, ale płyniemy do domu!!! Wszyscy twardo się trzymają!! ;)))
W każdej wachcie wystarczająca liczba osób żeby płynąć na zmianę – jedni się grzeją, a inni marzną ;))) Popijamy herbatę, która jest gorąca tylko w momencie wlewania do kubka ;))
Przedpołudnie już trochę spokojniejsze, wiatr zelżał, a i fala mniejsza, bo od lądu wieje....
W takim razie obudził się bosman – jak jest gładko to do roboty!!!!
Wszyscy wiedzą jakie maja na dzisiaj rejony?! Żagle trzeba porządnie sklarować!!
W między czasie zrzuciliśmy je, bo tak całkiem pod wiatr to ta żaglówka nie chce pływać.
Wczesne popołudnie, a na pokładzie poruszenie.... Jak już dla statku porobione to czas wziąć się za siebie... Powoli czas na pakowanie...
Jeszcze pyszny obiadek w morzu i ... w oddali widać główki podejściowe Gdyni.
Około 15:00 cumy zostają podane na ląd. To tylko jedno może oznaczać... To już koniec... :(((
Jeszcze czas na sklarowanie jachtu na portowo i oczekiwanie na spotkanie „na rufie”.
Kapitan z przygotowanymi opiniami i wpisanymi książeczkami ostatni raz przemawia...
To już na pewno oznacza jedno... Dziękuję, za wspólny rejs i zapraszam na kolejny, jedno ze zdań kapitana do uczestnika rejsu. Niestety nie dla wszystkich miał zaproszenie na kolejny rejs. Wszyscy raczej uśmiechnięci, nie martwią się, że to już koniec rejsu... Bo najważniejsze jest to, że znowu udało nam się tutaj spotkać!!!
I wiedzą, że to nie ostatni raz!!! Niech tylko znowu przyjdzie zima!!!! ;))))
/starszy majtek Czodur/

Kilka fotek można zobaczyć w fotogalerii.





Artykuł ze strony BYTYŃ - Nieformalne Niestowarzyszenie miłośników żeglarstwa. Pilski Okręgowy Związek Żeglarstwa POZŻ
http://bytyn.trz.pl/